Gdyby ta muzyka miała barwę, byłaby nieskończenie kolorowa. Brązy, czerwienie, żółcienie,
złociste tony. Radość otaczała go, pieściła zmysły. Czuł melodię na skórze, we włosach,
otulała go niczym płaszcz. Jego ciało wyrywało się, by zatańczyć. Pragnienie przyłączenia
się do leśnych elfów było tak silne, że ledwo mógł nad nim zapanować.
Jako gość nie chciał naruszyć pewnych praw, wiedział, że sama obecność cienistego jest dla nich krępująca. Mimo to... taniec, ach, taniec!
Przyglądał się tańczącym elfom z zazdrością, ale i zachwytem. On zawsze tańczył sam.
One były szczęśliwe, wolne. On, w Esgërah, w domu matki... to nie była prawdziwa radość, to nie była w ogóle wolność. Kim tak naprawdę wtedy był?...
Muzyka była pomarańczem, czerwienią, niczym skóra leśnych elfów, miedzią, zielenią.
Ogniska na polanie strzelały w niebo, a postaci poruszające się wokół nich były jak szalone
cienie. Jego duch był z nimi. Och, cóż za niespełnienie...
Od korowodu oderwała się sylwetka, wyraźnie górująca nad innymi swym wzrostem. Wirując, wyginając się i rozrzucając na boki piękne, popielate włosy, znalazła się przy nim.
Wodna Iskra. Była tak podobna i niepodobna do swego brata. Słodka i skromna.
- Assinie? - Zatrzymała się i spojrzała na cienistego z uśmiechem. Mógł tylko odpowiedzieć tym samym.
- Przyłącz się do nas. - Wyciągnęła dłoń.
Skąd wiedziała, skąd?
- Dziękuję ci, Eirien - wyszeptał. - Nie sądzę, że pozostali chcieliby widzieć mnie wśród nich.
Czuła jego tęsknotę, pragnienie?
- Oni nie mają nic do powiedzenia. Jesteś gościem mego brata.
- Jestem saiji, Eirien. - Gdy wymawiał słowo 'saiji', serce mu pękało i ogarniała go gorzka rezygnacja. Strach przed cienistymi przestał być niezrozumieniem, a stał się głęboką nienawiścią do tego, co nieznane. On sam nie był w stanie zmienić ponurych stereotypów, wiedział o tym aż za dobrze.
- Nie bądź śmieszny - usłyszał cichy szept przy swoim uchu.
Złoty Wąż usiadł przy nim.
- Idź z Iskierką i baw się.
Zachęcający uśmiech półelfa wystarczył.
Assin wstał. Miał wrażenie, że świat wiruje wokół niego w zastraszającym tempie. Powoli, z namaszczeniem rozplótł srebrzysty warkocz. Po raz pierwszy od tak dawna...
Wodna Iskra schwyciła go za rękę i pociągnęła za sobą.
Czuł melodię na skórze, we włosach, otulała go niczym płaszcz. Nie pamiętał już, kiedy był tak szczęśliwy.
Taniec jest pięknem, radością, jest rytuałem, miłością.
Dzwonki.
Srebrzyste dźwięki nie były zniewoleniem. Nie było siostry i jej pejcza, zakończonego ćwiekami z kąsającego wiecznego lodu. Nie widział lubieżnych uśmiechów. Nie słyszał podnieconych głosów.
Wirował pośród leśnych elfów z lekkością.
Tęskniłem, tak bardzo tęskniłem.
Świat nie był realny.
Miał wrażenie, że szczęście jest pozorne, że jego dusza łka.
Dla kogo dziś tańczę?
Wśród elfów mignęła mu twarz Eirien. Uśmiechała się.
Nie, kim jestem teraz? Co jeszcze się stanie?
Jak boli. Jak boli.
Poruszał się z gracją, gdzieś obok czując jego obecność. Koszmar wracał zawsze, gdy Assin starał się o nim zapomnieć.
Czy już nigdy nie odejdziesz?
Zapamiętały w tańcu, cierpiał, chciał wykrzyczeć swe winy, swe grzechy.
Któż mnie ocali? Kto? Komu zaufać? Gdzie szukać ratunku?
Muzyka stała się zimna niczym lód, kaleczyła. Każdym gestem błagał o litość.
Czy nikt mnie już nie ocali?...
Pamiętał noce w Esgërah, gdy nie był w stanie zmrużyć oka. Noce, które przepłakiwał w samotności, cierpiąc, nienawidząc, czując strach i zazdrość.
Teraz też nie mógł zasnąć; prześladowały go obrazy z tamtych właśnie dni.
Siedział w ciemnościach, z twarzą wtuloną w podkurczone kolana.
Za każdym razem, gdy próbował być szczęśliwy, przed oczami stawała mu jedna osoba. Widział jego twarz zbyt wyraźnie, by zachować spokój.
Uniósł głowę i przetarł oczy. Obiecał sobie już dawno temu, że wspomnienia z Vajarah, zwłaszcza te dotyczące Killiana, nie przeszkodzą mu w życiu w Krainach Bliźniaczych Księżyców. Mógł czuć się samotny, nawet wśród przyjaciół, ale nauczył się jak czerpać z tego siłę. W tej chwili najważniejsze było szczęście, które udało mu się tu znaleźć, może trochę niepewne i drżące, niczym płomień świecy, ale właśnie dlatego nie mógł się teraz poddać.
Spojrzał na śpiącego na posłaniu obok przyjaciela i uśmiechnął się niepewnie.
Złoty Wąż. Nawet gdyby nie widział tak doskonale w ciemnościach, wiedziałby, że zaklinacz śpi na wznak z ramieniem narzuconym na twarz, a tuż obok przycupnęła, zwinięta, jego ukochana Jira. Pamiętał, że w promieniach słońca wężowe łuski miały barwę oczu jej pana złocistomiodowe.
Było tak cicho.
Nagle zapragnął pochylić się nad Złotym Wężem i dotknąć jego włosów. Nigdy nie miał dość odwagi, by to zrobić. Czy były tak miękkie, na jakie wyglądały? Puszyste, miedzianobrązowe, aż się prosiły, by wtulić w nie twarz i całować.
Czym prędzej odsunął te pragnienia na bok. Coraz trudniej było mu ukrywać swe żywe uczucia. Bał się, że mógłby stracić przyjaciela, a półelf był dla niego zbyt ważny.
Zaufał mu, jak dotąd uczynił to jedynie jego mistrz, Alagos. Przyprowadził do rodzinnej wioski, zaprosił do swego domu, narażając się na gniew przywódcy plemienia, nie tylko za wskazanie odpowiednich ścieżek obcemu, ale i fakt, iż ten obcy jest saiji.
Saiji, cienistym, potomkiem demonów, a więc istotą z gruntu złą i podłą, niegodną zaufania. Nie, on taki nie był, różnił się od większości swoich pobratymców. Różnił się, prawda?...
To prawda.
Poderwał się gwałtownie.
- Kto?... wyszeptał.
Assinie, chodź do mnie.
Zerknął na zaklinacza, ale ten wymruczał coś przez sen i obrócił się na bok.
Cienisty podniósł swój rapier i wyszedł z chatki. Stanął na platformie i rozejrzał się.
W wiosce było tak spokojnie. Kto w takim razie wzywał go po imieniu?
Zsunął się po drabince i bosymi stopami dotknął miękkiej trawy. Polanka, gdzie przed kilkoma godzinami tańczyły elfy, była pusta. Jedynie przez konary drzew przedarł się pojedynczy promień księżycowego światła.
Dopiero wtedy ją dostrzegł. Pojawiła się znikąd, tak cicho, bezszelestnie.
Nie umiał wyrazić swego zachwytu. Piękna
Miała skórę tej samej barwy, co on, żywego obsydianu. Długie, gęste włosy lśniły w księżycowych promieniach niczym prawdziwe srebro.
Podszedł bliżej
Witaj, Assinie Lacarth, melodyjny głos przemawiał w języku Cienia łagodnie wprost do jego myśli.
Nie wiedział jak się zachować. Onieśmielony, nie był w stanie spojrzeć kobiecie prosto w oczy. Czuł za to, że skądś ją zna, że gdzieś ją spotkał, ale nie mógł sobie przypomnieć.
- Kim jesteś, pani? Z trudem zdobył się na to pytanie, ale ona mu odpowiedziała. Było to jedyne słowo, które padło z jej ust.
To
niemożliwe
- Ssiearne
rhassai. Padł przed nią na kolana, kurczowo ściskając swą broń.
- Rhassai powtórzył.
Wzywałeś mnie, Assinie Lacarth.
Wpatrywał się w nią, nie znajdując odpowiedzi.
Tańczyłeś dla mnie wśród ogni.
Tak, czuł się wtedy zagubiony, lecz nie wzywał nikogo konkretnego, nie spodziewał się, że przywoła
ją.
Czuję twój smutek i poczucie winy.
Prawda, cierpiał, tańcząc, bo przypomniało mu to Killiana. I wiedział, że z tym skończy, już nigdy więcej nie ulegnie pokusie muzyki
Pozostań tancerzem, najsłodszy z kwiatów. Nie obwiniaj się. Kto inny czeka na ciebie
Sądzisz, że tak łatwo zapomnieć, że przelało się krew
brata
i
Cóż możesz
Zapomniał się, z pewnością wiedziała więcej niż on.
Srebrzystobiała suknia zaszeleściła, gdy Bogini podpłynęła do niego.
Odnalazłam drogę do ciebie. Nie jesteś sam. Od dawna nie byłeś i już nigdy nie będziesz. Mag Burz był pierwszy. Jeśli ochronisz teraz ten płomień świecy
zostanie z tobą i ten, nad którym czuwa skrzydlaty wąż.
Znała go doskonale, każdą jego myśl, każde uczucie.
Wysunął swój rapier z pochwy i wyciągnął go przed siebie, ujmując delikatnie klingę obiema dłońmi.
- Nai'h rhassai. Poza mną samym, nie mogę podarować tobie więcej niż mą magię i tę broń.
Zmierzyła go wzrokiem, tak zimnym, aż przeszedł go dreszcz.
To ostrze jest przeklęte! Chcesz mi je poświęcić, wiedząc o tym.
- Na'harami. Spuścił wzrok zawstydzony. Jego intencje były szczere.
Nagle poczuł drżenie. Ogromna, niewidzialna siła naparła na rapier i na niego. Czuł, jak klinga wibruje. Nałożona lata temu przez Alagosa pieczęć wiążąca klątwę pękła w niemal namacalny sposób.
Spojrzał na Ssiearne. Stała tuż obok, trzymając ręce nad jego zaciśniętymi dłońmi.
Matowoczarne dotąd ostrze rozbłysło wewnętrznym światłem. Poczuł, jak po całym jego ciele rozpływa się żar magii.
Podniósł się z klęczek.
- Ten rapier nie jest już dawnym Zagubionym, jego imię to
Tancerz, dokończyła za niego.
- Nai'h anajrii.
Pochyliła się nad nim z uśmiechem i złożyła delikatny pocałunek na czole.
Miał wrażenie, że wszystko, co w sobie nienawidził, zniknęło, a srebrzysta poświata, która ich otoczyła, jest chłodnym deszczem kojącym każdą piekącą bliznę na jego duszy.
Ssiearne rozpływała się w księżycowych promieniach niczym przepiękna iluzja.
Niech twe drogi prowadzą tam, gdzie tysiącem kwitnie jasne kwiecie, co złoci się w słońcu i tańczy na wietrze... Żegnaj Assinie AthAnon.
Pożegnalny szept wypełnił jego umysł. Czuł, że po policzkach płyną mu łzy. Chciał wołać, by nie odchodziła, ale jej już nie było.
Stał i płakał, nie z bólu, ale niezrozumiałego uczucia. Czyżby radości?...
Nie chciał być dzielny i powstrzymywać tego drżenia czy szlochu. Tak wcale nie było łatwiej, ale znajdował się teraz bliżej wolności niż kiedykolwiek przedtem
Znalazł Assina na polanie, skulonego pod jednym z drzew. Jego rapier, Zagubiony, leżał tuż obok, wysunięty z pochwy.
Nie wiedział, co się wydarzyło i nie próbował tego zrozumieć.
Gdy odkrył, że cienistego nie ma w chatce, poczuł niepokój, który teraz przerodził się w paniczny lęk, że stało się coś złego.
Przypadł do niego, szeptem pytając czy wszystko w porządku. Mroczny poruszył się tylko, ale nie odpowiedział. Czyżby płakał.
- Coś ty zrobił, głupi magu mruknął cicho do siebie.
Uniósł Assina, zupełnie jakby ten nic nie ważył. Saiji skrył twarz w piersi przyjaciela; wciąż wstrząsało nim łkanie.
Zaklinacz wyszeptał coś uspokajająco. Ciepło jego ramion było kojące.
Wszystko się zmieniło
Czy to była prawda, a może iluzja, niczym jedno z moich zaklęć?
Czy jestem naprawdę wolny? Tak bardzo tego pragnę! Od zawsze
Półelf uśmiechnął się pod nosem. Mag powoli się wyciszał. Zapadał w trans, a może nawet sen.
Będę wolny! Wznosząc się wśród gwiazd, przecież nie są tak daleko.
Był zmęczony; nie spał od tak dawna. Leniwe kołysanie sprawiało, że powoli odpływał
Czuję się wolny
Tu i teraz
Tylko proszę, nie budź mnie z tego snu. Jest taki prawdziwy
Wolny, czyż nie
Gdy znaleźli się w chatce, Złoty Wąż czuł jak ciepły oddech Assina przesunął się po jego skórze.
- Nai'h rhassai
Nai'h anajrii
Ssiearne szeptał ten już w transie.
Jeszcze kilka chwil trzymał go, niczym dziecko w objęciach. Zdawał się być taki delikatny, gdzie podziała się twoja siła, przyjacielu?
Położył go na posłaniu i usiadł obok. Ręka cienistego bezwiednie przesunęła się w poszukiwaniu jego dłoni. Ścisnął ją lekko, rozkoszując się miękkością ciemnej skóry.
Życie jest naszym snem. Niech trwa wiecznie. Nie budźmy się już nigdy i śnijmy wiecznie














Comments
Są napisane stylem dość niezwykłym, rzec by się chciało nietypowym... i co najważniejsze - wciągającym.
Podziwiam że potrafisz napisać coś krótkiego, ale wciągającego ponad wszelką miarę. Dla mnie napisanie czegoś z fantastyki jest niezmiernie ciężkie, a tobie to wychodzi doskonale... Gratulacje i trzymaj tak dalej
Aj, dziękować, dziękować, naprawdę miło czytać taki komentarz
--
"Yet each man kills the thing he loves"
Oscar Wilde
bardzo ladnie ci to wyszlo.na poczatku przytloczylo mnie nieznane uniwersum, nieznana historia i nieznane postaci, ale pozniej, musze przyznac, wciagnalem sie
"Pamiętał, że w promieniach słońca wężowe łuski miały barwę oczu jej pana złocistomiodowe." moim zdaniem powinno byc: "złocistomiodową" albo "były złocistomidowe"
i w ostatnim fragmencie "Znalazł Assina na polanie(...)" moglabys napisac,ze chodzi o Zlotego Weza, bo na poczatku jest to neico konfudujaca.caly czas akcja skupia sie na Assinie,a tu nagle przeskok.
to tyle. kip łratjtin'
--
Schrömaniac :3
Cieszę się, że się podobało. To samo jeśli chodzi o saiji (tylko nie pytaj, jak to się wymawia, bo czar nazwy pryśnie
Pierwsza uwaga, ok, gdy to napisałeś, faktycznie, lepiej brzmiałoby inaczej. Pomyślmy. Druga zaś, nooo, pierwszy raz czytałeś coś magowego, lubuję się w tych przeskokach (a może w konfundowaniu czytelników trochę
No i dzięki, dzięki
PS. Muszę o to zapytać. Co Cię natchnęło, żeby przeczytać "Błękit"?
--
"Yet each man kills the thing he loves"
Oscar Wilde
ok, nie pytam [moze kiedys sie zdazy,ze sama wymowisz przy mnie to slowo xP]
hmm...w sumie, takie przeskoki maja cos w sobie.
akurat jestem w trakcie ogladania zaleglych 230 deviacji i Blekit byl miedzy nimi.powiedzialem,ze bede cie czytac, wiec to zrobilem[znam siebie i wiem,ze przekladania na blizej nieokreslona przyszlosc jest niedobre
--
Schrömaniac :3
Wiem, wiem, przeskoki są smexy
Wciąż pamiętam, co mówiłeś o deviacjach z literkami. Mogę się więc tylko cieszyć, że przeczytałeś i że planujesz czytać resztę
[masz na myśli moje teksty, czy może Sztukę Świata
--
"Yet each man kills the thing he loves"
Oscar Wilde
lol
nom.
["Zarzadzanie" xD]
--
Schrömaniac :3
nie lol, tylko są smexy.
nom nom nom nom :3 [czemu mi się to kojarzy]
[masz? podziel się z Wilkiem XD]
--
"Yet each man kills the thing he loves"
Oscar Wilde
...
z czym ci sie to kojarzy?o.O'
[tia...jasne...i historie sztuki tez...i filmu...i ucze sie dniami i nocami...
--
Schrömaniac :3
Previous Page123Next Page